Bob i Laura

- Twoje oczy są jaśniejsze niż słońce, a każda sekunda z Tobą definiuje wieczność – Bob, chociaż miał zaledwie dziewiętnaście lat, wiedział jak zmysłowo i poetycko komplementować starszą o dwa lata od niego Laurę. To była jego jedyna i prawdziwa miłość. Znali się od dzieciństwa, wychowywali się na jednym podwórku. Jej twarz w umyśle Boba była cały czas. Czuł jednak, że są siły, które nie chcą, aby z nią przebywał. Zawsze pojawiał się jakiś powód aby ich rozdzielić. Rzeczywistość jakby sprzysięgła się, by pogrzebać to ogniste uczucie.

Jednak serce nie sługa, bata się nie boi. Potajemne schadzki, miłosne listy, przypadkowe uśmiechy. Tak pielęgnowane uczucie wzrastało od lat i nawet zły demiurg nie znalazł do tej pory sposobu, by wedrzeć się do serca zakochanych. 
- Kocham Cię, Bob – powiedziała Laura. Ukryci w starej chacie przy ulicy Bleecker Street leżeli w gąszczu własnych ramion.  
- Będziemy ze sobą na zawsze – odpowiedział Bob.
- Tak skarbie, teraz jednak muszę wracać. Wiesz dobrze, że ojciec nie chce, abyśmy się spotykali.
- Tak, idź już. Bądź ostrożna – powiedział na pożegnanie Bob całując Laurę namiętnie. - Przeklęty dureń Sam – pomyślał w duchu. Nienawiść spotykająca nienawiść zwykle czyni z niej sobie przyjaciółkę. Tak było i tym razem.

Pastor Sam Bully nienawidził Boba już wiele lat przed jego narodzeniem. W młodości zakochany był w największej piękności miasteczka - Małej Memphis. Ta jednak stanowczo odrzucała jego zaloty. Upokorzyła go po stokroć, wychodząc za mąż za poszukiwacza złota Willa. W dniu jej wesela pijany w sztok Sam poprzysiągł, że zniszczy wszystko, co pocznie się z jej łona. Jego przysięga miała wkrótce stać się rzeczywistością...

Było gorące popołudnie. Bob przechadzał się z głową w chmurach. W myślach układał czułe słowa, które zamierzał wyszeptać Laurze. Umówili się na łące za rzeką. Wiedział, że za kilka godzin będą znowu razem. Bob właśnie przechodził obok wejścia do banku, gdy usłyszał potworny wybuch, a kawałek szkła z witryny trafił go prosto w policzek.
- To on, to on jest winny właśnie – krzyknął ktoś z gromadzącego się tłumu wskazując na zdumionego Boba. Kopniak w brzuch pozbawił go przytomności...

Bob i Laura

Miała krótkie loki blond
Oczy jasne jak Yumy piach
Kiedy leżała przy mnie całkiem naga czułem że
Mam co najlepsze z tego świata

A jej ojciec Pastor Sam
Człowiek zły do szpiku kości
Nienawidził mnie aż strach
Jeszcze dziś czuję jego bat

Tak mijały lata nam
Wolność była piękną damą
Adorował ją straszny pan
Który w sercu miał płonącą nienawiść

Trzynastego w czwartek zabił dzwon
W banku wybuch strzaskał kasę
Z tłumu ręką wskazał ktoś
To on jest winny właśnie

Bob & Laura

She had short blonde curls
Eyes bright as Yuma sands
When she laid beside me naked I felt
I've the crystal of these lands

And her father Reverand Sam
Preacher evil to the core
Whipped me 'til I bit the dust
Hated me 'til blood froze cold

So the years passed by for us
Freedom was a wondrous lady
The Dire Lord admired her
In his heart just burning hatred

Thursday thirteenth tolled the bell
An explosion shook the bank
Someone pointed from the crowd
He's the one to blame